Zapiski z rodzinnego zoo...
RSS
środa, 24 stycznia 2018
Agentka Mesz

Kiedy myślę o Mesi to przypomina mi się końcówka hymnu o miłości św. Pawła. Nie, nie dlatego, że Mesz jest aż tak święta, tylko taka wszechogarniająca.

Mesz niby to idzie rozkołysanym marynarskim krokiem, ale niech no gdzieś coś ciekawego spadnie, zaszeleści, albo zostanie odłożone - natychmiast przyspiesza i pikuje trafiając prosto w ofiarę. Trudno jest wykonać tak trywialne czynności jak wkładanie czy wypakowywanie zmywarki. Mesz jest w środku. Mesz sprawdza czy talerze - brudne oczywiście - są dobrze powsuwane w przegródki. Mesz podaje. W takim tempie, że trzy osoby musiałyby od niej odbierać. Spakowanie prania we wzglednie jednym odcieniu graniczy z cudem. Podobnie jak niepuszczenie prania ze zwierzakiem z arki, mydłem czy butem zimowy, bo Mesz już teraz chce iść na spacer i przyniosła but do łazienki, żeby było szybciej. Mesz zawsze chce czytać to, co Ty czytasz. Bawić się tym, w czym ty akurat usiłujesz zaprowadzić cień ładu. Niedosunięty suwak plecaka oznacza zaproszenie do inwentaryzacji plecaka. Bracia mają fantastyczne pisaki i mnóstwo papieru gdzie można sprawdzać czy dobrze piszą, oraz bidony, A mama? A mama ma na przykład mnóstwo kolorowych plastikowych kart w portfelu:) Do tego Mesz się wspina. Krzesełko, stoliczek, na stoliczku pudło, albo i konstrukcja lego i Mesz już woła z parapetu, żeby podziwiać gdzie wlazła. Znajomi oddali nam ten malutki fotelik 0-13kg i jeszcze go nie wynieśliśmy do piwnicy. Mesia jest zdania, że to super. Włazi do środka i buja się ile wlezie. Wywalenie się z fotelikiem wcale jej nie zniechęciło. Chwilowo fotelik jest ciekawszy od jeździka i łosia do bujania.

Czasami potrafi być słodka i nakolankowa. Psa pluszowego przytula, a czasem nawet lalę,. Książeczki przynosi do czytania, jak coś upadnie to podniesie i poda. Potrzepocze rzęsami, pogada po swojemu, na tych kolankach jeszcze się napije, a potem już tylko patrzy czy gdzieś coś nie zaszeleściło, albo czy pudełko z chusteczkami nie stoi na tyle blisko krawędzi, że można po jednej wyjmować, niby to wycierać nosek, a potem biec do kosza. Jedna chusteczka, druga..., piąta... dwudziesta...

I kocha żłobek. Myślałam, że takie dzieci istnieją tylko w reklamóekach żłobków w naszym mieście, ale nie. Przynajmniej jedno - a sądząc po tym jak zachowuje się większość koleżanek i kolegów Mesi, to wiecej - istnieje naprawdę:)

Nasza siedemnastomiesięczna Mesz.

22:09, blueish
Link Komentarze (1) »
W tym tygodniu

... starsi mieli być na feriach u cioci i próbować jak może być fajnie być na wyjeździe bez mamy i taty. Mesia z Burasem mieli zażywać radości żłobkowo-przedszkolnych, a ja miałam spokojnie dokończyć zamiany sypialni, poprzenosić rzeczy, a może nawet wyprawić się do szwedzkiego sklepu z meblami po nowe dywaniki dla Sępa i Mesi i półeczkę do pokoju chłopców.

W sobotę tata wywiózł starszych. W niedzlelę przywiózł gorączkującego Sępa. W weekend rozsmarkałyśmy sie Mesia i ja i dotrzymujemy sobie nawzajem towarzystwa w domu. Sęp znów czuje się gorzej, więc jutro będziemy sobie dotrzymywać towarzystwa w poczekalni w kolejce do internisty. Dziś zadzwoniła ciocia, że gorączkuje także Rekin i niezbyt zdrowy M po zażyciu stosownej porcji ibuprofenu wsiadł w Niebieskie Utrapienie i pojechał go przywieźć.

Tylko Gadzina na razie ma się doskonale, zaniósł wczoraj wielką torbę urodzinowych cukierków do przedszkola i czeka na niedzielę kiedy to ma być urodzinowy kinderbal dla koleżanek i kolegów. Nie miałam mu jeszcze odwagi powiedzieć, że jest dość prawdopodobne, że kinderbal zostanie przeniesiony na czas kiedy ktoś jeszcze z domowników będzie zdrowy oprócz niego...

Mama Lepsza Ode Mnie - i Mama Już Trzech Synów:) - podesłała mi link do przepisu na megasłodkie ciasto czekoladowe, które Burasowi bardzo smakowało i ma obiecane w ramach tortu. To najwyżej przynajmniej ciasto będzie... Nawet marcepan na pieski kupiony.

I może ieszcze jakimś cudem zdążę przenieść gdzieś rzeczy i Burek zacznie mieć swoje skarpetki w komodzie w swoim pokoju, a nie u Sępa. Wtargnięcie Burka do Sępa o poranku - nawet po skarpetki - kończy się zawsze aferą...

Tagi: codziennik
21:50, blueish
Link Dodaj komentarz »
Będziesz Herodem!

- Rekin, teraz będziesz moim Herodem! - dobiegło mnie z pokoju Sępa.

I wprawiło w stan lekkiej konsternacji. 

Dwie minuty później "Herod" - przyodziany w długą do stóp szatę z koca w paski imitujące futro śnieżnego tygrysa - zwoływał nas na przedstawienie o Czerwonym Kapturku.

Przedstawienie bardzo udane, poza tym, że Mesia porwala aktorom ze dwa rekwizyty.

- A tam, jaka to w sumie różnica czy to herold czy Herod! - machnął ręką reżyser Czerwonego Kapturka.

- Mniej więcej taka sama jak między zbawianiem, a zwabianiem gołębi - wyjaśniłam Pierworodnemu.

wtorek, 26 grudnia 2017
A mnie się wydawało...

... że takim jestem superspecem od analiz. Wszystko dam radę ogarnąć nawet między 21 a 24.

Not to zostałam brutalnie sprowadzona par terre.

Niby typowy projekt. Niby, bo jak się po dokładniejszych oględzinach okazało, w danych było tyle braków - zaplanowanych:D - że model PLS-owy nie do zaimplementowania. Trzeba kombinować. Niby  jakies pomysły są, ale dobrze byłoby otworzyć jeden czy dfwa papery, poeksperymentować. Nie ma kiedy. Jak już jest ta 22 - bo tego dnia akurat za nic nie mozna było położyć zoo wczesniej - to już nic nie kumasz z tego, co czytasz. Chcesz coś przegadać z kolegami - nie da rady. Jeden ma calla za callem, a drugi w rozjzadach do klientów. Jak oni już mogą to Mesz w akcji, Bury do odebrania, dzielenie pisemne do przećwiczenia etc. Nawet niby dobry przyjaciel excel w nowej odsłonie jest niby taki sam, ale jednak jakieś tam zmiany są. Może i fajne, ale adaptacja do każdej najfajniejszej zmiany to sa te cenne minuty kiedy akurat możesz 100% uwagi poświęcić na udawanie, że pracujesz.

Mam farta, że nikt nie zaprosił mnie na rozmowę o pracę, bo i tak pracy by z tego nie było, byłaby za to większa frustracja:)

Refleksja świąteczna

Coraz trudniej doturlać się w dobrej formie do świąt.

Nie, nie mam tu na myśli braku infekcji czy nawet zrobienia względnie szybko i w nie więcej niż czterech wyprawach do sklepu zakupów, tak, by każdy miał co jeść przez kolejne dwa czy trzy dni.

Niby człowiek skupia się na tym, co istotne, szykuje się jak może duchowo i piernikowo, a i tak na finiszu podpiera się nosem, po powrocie z niedzielnej mszy nie jest do końca pewien o czym były czytania, choć i niby ich słuchał w kościele i czytał je wcześniej w domu przygotowując dzieciakom zadanie adwentowe na kolejny dzień. Łańcuchy do dekoracji mieszkania są, ale nie ma kto i kiedy ich podwiesić pod sufitem. Pościel zmieniona i nawet wyprana, ale nie ma kto i kiedy jej poskaładac izadekowac w szafie...

Świat zaczyna się krecić wokół trzech kwestii: kiedy ach kiedy będę wstawać choć trochę mniej zmęczona??? jak też Maryja dała radę??? i czy naprawde nie możemy zjeść barszczu z torebki???

Żeby pomimo? dzięki? temu zmęczeniu Ktoś się u Was w tych dniach w jakiś sposób narodził.

czwartek, 14 grudnia 2017
Mesz zaczyna chodzić

Jak na nasze potomstwo to dość szybko:D

Najbardzieuj motywuje ją posiadanie obu wolnych rąk. Można w nich na przykład wynieść ukochanego psiuniora Burego do kosza...

Bury w przedszkolu, więc nie widział, psiunior uratowany, a Mesz regeneruje siły przed kolejnymi ekscesami:)

środa, 06 grudnia 2017
Adwent trwa!

Od niedzieli, nie przegapcie!

Jak co roku polecam start w nowy. adwentowy, matczyny dzień tutaj:) Może i wy się włączycie?:)

czwartek, 30 listopada 2017
Jeszcze sześć łyżek

Jemy obiad.

To znaczy chłopcy już zjedli, M też, a ja skończyłam karmić Mewę i zabieram się do swojej porcji fasolki.

- Mimi, oliwa! Poproszę oliwę!

- Za chwilę, dobrze?.

Po chwili przychodzi:

- Mimi, prosiłem o oliwę i już czekam i czekam...

- Mówiłam, że za chwilę. Widzisz? Jeszcze jem...

- No widzę. To możesz zjeść jeszcze sześć łyżek i oliwa.

Bury łaskawca.

Do połowy pełna...

Dla odmiany chałturzę dla mojego byłego pracodawcy. Nawet odwiesili moją pocztę i w związku z tym mem prawie półtora tysiąca nieprzeczytanych maili.

Staram się nie skupiac na tym, że to dla nich superbiznes mieć takiego przyzwoicie przeszkolonego łosia do analiz. Tylko jednak na tym, że nie musze wracac na rynek pracy przez zmiany na kasie w jednej z meblowych sieciówek ze zmianami do 22, jak to się przydarzyło mamie koleżanki z klasy Rekina, kiedy wracała do pracy po ostatnim rodzicielskim.

Zwłaszcza, że ja się do pracy na kasie nie za bardzo nadaję.

Przy okazji tego chałturzenia odkrywam, że jednak praca PRZED POŁUDNIEM ma duzo zalet. Na przykład człowiek myśli twórczo. Nie dostepuję teraz niestety tego luksusu, bo Mesz dla odmiany z katarem w domu...


Tagi: codziennik
20:13, blueish
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 listopada 2017
Spóźniłem się do szkoły, bo...

Chłopaki się usamodzielniają. Dziewczyna też się usamodzielnia, ale to temat na oddzielny wpis:D

Rekin dwa razy w tygodniu wraca sam z angielskiego - angielski w sąsiednim bloku:D - a czasami pozwalam mu wrócić samodzielnie ze szkoły. Rano z kolei megaatrakcją do obu młodszych jest to, że Rekin sam odprowadza Gadzinę do przedszkola. Czasami pozwalam.

Ale wczoraj trochę przesadziliśmy.

Rekin miał odprowadzić brata, a potem wrócić sam po lekcjach między 13 a 14. O 14.15 wciąż go nie było, zadzwoniłam więc do świetlicy gdzie po wielu próbach skomunikowania się z panią Olą przez walkie-talkie udało się ustalić, że nienawidzący świetlicy Rekin kopie z chłopakami piłkę i ani mu w głowie iście do domu. A ja zostałam ofuknięta, że panie nie mają mozliwości dopilnować godziny wyjść wszystkich dzieci. W co święcie wierzę zresztą.

Skaskadowałam więc ofuknięcie na Rekina, zaleciłam wpisanie zegarka na listę próśb do świętego Mikołaja i zawiesiłam na razie mozliwość samodzielnych powrotów. Teraz łazi za mną i miauczy, żeby dac mu jeszcze jedną szansę.

Ale jak się okazało, to nie był koniec. Odrabiając angielski Rekin powiedział, że spóźnił się na lekcje. Spytałam więc cóż takiego robili po drodze, że dwadzieścia kilka minut nie wystarczyło na dotarcie do dwóch szatni i zmianę dwóch par butów na temisówki.

- Mimi, była po drodze śmieciarka i Bury za nic nie chciał iść dalej, musiałem go dopiero zachęcić, żebyśmy poszli na okrągło, pod szkołę i doszli do przedszkola z drugiej strony...

Mea culpa, zapomniałam o zagrożeniu w postaci piszczącej na wstecznym śmieciary...

Jest to niewiele bardziej wiarygodne od wyjaśnienia, że osobnik spóźnił się na lekcje, bo mama kazała mu wciskać z powrotem do tubki nadmiar pasty do zębów.

12:51, blueish
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 166