Zapiski z rodzinnego zoo...
Archiwum
RSS
poniedziałek, 20 sierpnia 2018
Carpe mirabelki!

Działkowaliśmy trochę w weekend.

Coś tam nawet się działo. Najpierw M kosił pokrzywy. To znaczy, że niby kosił trawę i może nawet dalibyśmy tej trawie spokój. Gdyby była trawą. Ale pokrzywy??? A niedoczekanie ich!

Po spaghetti pojechaliśmy! - gaz się skończył - do pani Marty, a tam śliczne dwa kociaki. Nie wiem jak byśmy wywabili stamtąd dzieciaki, choć lody dawno się skończyły, a od rzeki sunął śliczny cumulonimbus, gdyby Burka nie użarła w ucho osa.

Zdążyliśmy wysiąść z pierwszymi chlustami ulewy.

Potem miały być gofry, ale zaginęła gdzieś w tajemniczych okolicznościach gofrownica i musieliśmy się ukontentować prozaicznymi naleśnikami. M zabrał Tatę Bliźniaków na kajak, a potem ganiali się po dworze i nasi chłopcy pozostali z wielkim niedosytem biegania z Tym Fajnym Wujkiem. Bliźniaki bardzo zainteresowane kosiarką, ich okropni rodzice pozwolili tylko na kosiarkę patrzeć...

Następnego dnia wygrzebaliśmy się nawet na wcześniejszą mszę, za to z Meszą na owieczkę. Może dlatego zamiast jak zwykle spacerować dookoła nas i zaczepiać sąsiadów, właziła na mnie i złaziła, właziła i złaziła...

Potem nie chciała iść kąpać się z chłopcami, tylko zbierała ze mną mirabelki. Mirabelka obsypana pięknymi żółto-czerwonymi owocami, już spadającymi. Jedna mirabelka do pojemniczka, jedna, już bez pestki prosto do Meszorowej paszczy. W domu kompot. Kompot, który jest już przeszłością.

Na szczęście jest jeszcze druga porcja pachnących żółciutkich kulek:)

Tagi: codziennik
11:27, blueish
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 sierpnia 2018
"Niezbędne" wydatki

Szpaki wrzeszczą coraz głośniej, pod mirabelkami żółto, a na placyku coraz tłoczniej od powracających dzieci.

Zaczynamy powoli myśleć o powrocie do szkoły, także i o tym, co trzeba uzupełnić, albo wymienić na większe. Nie, nie będę pisać poradnika o wyprawce szkolnej:) Po zeszycie Ok Rekina w drugiej klasie...

Dla niewtajemniczonych, zeszyt OK to zeszyt akademicki w kratkę formatu A4, do którego dziecko głównie wkleja inne kartki, w przypadku Rekina z rzadka zapełnione czymś, co sam napisał. Raczej uzupełnianie czy kolorowanie. Pisanie ćwiczyliśmy dodatkowo w domu w tradycyjnym zeszycie w trzy linie i nasłuchałam się jaka to ja jestem okropna.

Teraz w związku z oczekiwaniem na nową panią w klasie "b" zeszytów nie nabywam. Poczekam na rozwój wydarzeń:)

Niemniej tornister Rekina - wbrew opiniom innych matek o niezniszczalności tej marki:) - nieco się już zmechacił, a i Rekinowi chyba się rekin znudził trochę... Poprosił o nowy.

Sępowi z kolei na jego życzenie kupiliśmy do czwartej klasy plecak trekingowy, mniejszą wersję tego, czego sama używam. I jak zwykle jakieś "ale"... Sęp nie zadaje sobie zazwyczaj trudu poukładania jakoś książek w plecaku, tylko wpycha byle wlazło, co zemściło się koniecznością odkupienia kompletu podręczników(!). Sęp śmiertelnie obrażony, bo obcięliśmy mu kieszonkowe o 20% jako jego wkład w zadośćuczynienie. O ile pojecie "zadośćuczynienia" rozumie w teorii, to w praktyce do szkolnych zasobów jakoś opornie się ono stosuje. A najlepiej wcale go w sprawy szkolne nie mieszać:D Książki odkupione, dzięki potrójnemu rabatowi w bonito zrujnowało mi to budżet trochę, a nie bardzo... I teraz myślę: czy on jednak nie potrzebuje plecaka szkolnego z lekka usztywnionego...? Może to pomoże dodatkowo w utrzymaniu porządku i nie odkupywaniu wszystkich podręczników za rok...?

I teraz pytanie - czy zakup nowych plecaków dla chłopców - oraz dla Meszy jako prezent urodzinowy, bo ona tez strasznie chce mieć plecak i wciąż braciom zabiera:) - to jest wydatek niezbędny, czy fanaberia matki, która chwilowo jest matką pracującą i może się szarpnąć...? W piórnikach przynajmniej gumeczki im się poobrywały...:)

czwartek, 16 sierpnia 2018
Potwór zwany Problemami Ze Snem

Właściwie to powinnam się z nim zaprzyjaźnić. A przynajmniej on chce się zaprzyjaźnić ze mną od dawna.

Trzy lata temu po czterotygodniowych wakacjach, na które zgodził się Nadzorca - nieustająco jestem za to wdzięczna - musiałam we wrześniu pójść na zwolnienie, bo nie byłam w stanie wykonać analizy bardziej skomplikowanej niż statystyki opisowe.

Potem zamęt ciążowy, niemowlakowy, a i Potwór pod wpływem oksytocyny przy karmieniu podał do tyłu, więc mogłam przez chwilę mieć złudzenia, że problem "sam" się rozwiązał.

Same to się jednak tylko buty rozwiązują, a problemy jak były, tak są.

Pomimo dwóch tygodni nad morzem kiedy moja rola sprowadzała się do organizowania czwórce dzieci jakiej takiej opieki - i to też znacząco odciążała mnie w tym Gadzinka, za co także wielkie dzięki! - jestem w punkcie sprzed trzech lat.

Jeszcze dyskryminacyjną zrobiłam, ale nie wiem czy zrobię kolejną... A powinnam... I jeszcze tagowanie...

Gadałam z B. Zapisała mi jakiś antydepresant o właściwościach nasennych. Wzięłam trzy razy - masakra. Zamiast nie móc pracować z niewyspania, nie mogłam pracować z powodu ogólnego zamulenia i tęsknoty za powrotem do łóżka. Myślę sobie, może jednak bez hardcore'u, melatonina wystarczy.

A gdzie tam.

Nie wystarczy. Powracam do hardcore'u, już chyba wolę zmulenie z nadzieją, że z czasem się poprawi - to obiecują w ulotce. Napisałam do pracującej na urlopie Szefowej maila w duchu "gdy mnie kochać przestaniesz to powiedz..."

Czuję się fatalnie podwójnie. Raz, bo nie śpię i zamiast pocieszyć miauczącą Mesz, mam ochotę rozsmarować ją na kanapce... Dwa - inni pracują (także za mnie), a ja się gapię na pliki. Można oczywiście dywagować nad sensem pracy w korpo i nad tym czy wyciska ludzi jak cytrynę czy tylko lekko nadgniata, ale jak się człowiek czegoś podejmuje to chętnie by się z tego jednak wywiązywał...

Dołujące doświadczenie. Jak sugerują najrozmaitsi psycho-cośtam, staram się na nie patrzeć ja na szansę.

Szansę na co...?

Talerzyk

Kroiłam wczoraj wieczorem kiełbasę na kanapki. Przyszła Mesz i domagała się plasterka.

Dałam. 

Porwała i pobiegła do dużego pokoju, skąd po chwili dobiegł Bury wrzask:

- Mesia, odejdź!!!

- Buruś, co znów takiego zrobiła ci Mesia? 

- Używa mnie jako talerzyk!

Nie każdy się umie zgubić w tłumie

Dziś zaczęliśmy wakacyjny dyżur w naszym przedszkolu.

Przy okazji WIELKIE PODZIĘKOWANIA DLA POPRZEDNIEGO DYŻURNEGO PRZEDSZKOLA ZA SUPERORGANIZACJĘ I MIŁĄ ATMOSFERĘ. U nas słabo raczej dla przychodzących z zewnątrz...:(

Pani Ola przejęła Burasa i mówi:

- Widziałam was na Helu jak wchodziliście do fokarium, ale taki był tłok, że już nie dałam rady podejść i prawie się z mężem rozwiodłam...

Polskie morze rządzi. Jak widać, może mieć nawet coś do powiedzenia na temat trwałości małżeństw w naszym kraju:)

Tagi: codziennik
09:22, blueish
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 sierpnia 2018
Polskie morze - suplement

Można by rzec, jako uzupełnienie:D mojej notki o wakacjach nad morzem, w najnowszym TP pojawił się artykuł o plażowaniu. Tutaj zajawka.

Są tam i korki na A1 i robale w kulkach - obaj młodsi wrócili znad morza z zielonymi robakami:) - i zjadane w biegu lody i przyczepki rowerowe i nawet sinice:) Pan Napiórkowski spędzał swój urlop niedaleko miejsca gdzie my i zapewne w zbliżonym okresie:)

Jest tam także akapit tłum:

"Na lotniczych zdjęciach w oczy rzuca się także tłum. Tłum jest nieoczekiwanym skutkiem ubocznym demokratyzacji. Jego istnienie z przerażeniem odkrywają egalitaryści od czasów Gustave'a Le Bona ("Psychologia tłumu") i Ortegi y Gasseta ("Bunt mas") aż po współczesnych publicystów rozczarowanych faktem, że nad Bałtykiem czy w Tatrach nie sposób już znaleźć zacisznego miejsca.

Ale ci, którzy narzekają na "zadeptane tatrzańskie szlaki" i tłok na plaży, muszą pamiętać, że wyrażają tym samym życzenie, by turystyczne atrakcje dostępne były tylko dla wybranych - bogatych, lepiej urodzonych, mieszkających najbliżej. W urlopowym narzekaniu na tłum mieści się tęsknota - nie zawsze podszyta czymś złym, czasem po prostu naiwna - za "dawnymi czasami".

A więc także powrotem nuierówności i barier, którą znaczną część społeczeństwa pozbawiały możliwości jakiegolwiek wyjazdu, albo przynajmniej utrzymywały wyraźne rozgraniczenie między miejscami gdzie przyjeżdżała "elita", a tymi dla "mas"".

Przyznam, że nie widzę związku między niezadowoleniem z tłoku, a tęskontą za nierównościami społecznymi. Ta myśl jest chyba jednak odzwierciedleniem toku rozumowania autorów wspomnianych monografii o tłumie. Nie wywodzących się z najniższych warstw społecznych i żyjących w zupełnie innych czasach. Le Bon urodził się w połowie XIX wieku i dożył okresdu międzwojhennego kiedy to ukazał się "Bunt mas" Gasseta...

Można wyjechać na wybrzeże i nie tłoczyć się na deptaku, tylko nie będzie wtedy łatwo dostępnych budek z lodami, otwartego na okrągło spożywczego oraz pięciu smażalni w zasięgu spaceru dwulatka. Jak z większością sytuacji w życiu - wszystkiego nie da się mieć, trzeba zdecydować czy istotniejsza jest cisza i przestrzeń czy jednak relatywnie łatwo dostępny obiad:) A miejsca dla "elity" są nadal, teraz tylko "elita" definiowana jest wprost przez zawartość portfela - jedni w hotelach all inclusive, z basenem i jazdami konnymi po plażowaniu w pakiecie, a inni tłoczący się na kempingach w mikroskopijnych "domkach" holendarskich...

To chyba nie w tłumach problem, tylko w nastawieniu do życia. Czy skupiamy się na zjedzonej połowie ciastka, czy może jednak na tej, która nam jeszcze została.

A może po prostu wielkpańskość ze mnie wyłazi?

Z wnuczki galicyjskiego małorolnego analfabety, popierającego przedwojennych ludowców, którego w ważniejszych sprawach radziła się większość gospodarzy we wsi...

wtorek, 14 sierpnia 2018
Polskie morze

Nasz tegoroczny eksperyment wakacyjny - wyprawa w wysokim sezonie nad polskie morze:)

Nieduża miejscowość, w pełnej gotowości na przyjęcie rodzin na wakacjach. Wiele knajpek i restauracji z wieloma dużymi stołami pod parasolami. Lodziarnie. Sklep czynny prawie non stop, a nieopodal bogato zaopatrzone stoisko owocowo-warzywne. Wypożyczalnia rowerów i serwis. Dwa wielkie namioty-księgarnie. Namiot pełen wiaderek, wywrotek, dmuchanych zabawek do wody. Sala zabaw dla dzieci. Obok każdej knajpki, lodziarni czy sklepu automaty z kulkami, w kulkach mniej lub bardziej oślizgły lub włochaty robak, bransoletka i inne dziecinne skarby, w typie z lekka odpustowym. Odpustu nie było, ale za to przed kościołem morze ławek na powietrzu, a msze zwięzłe i pełne Bożej miłości, więc i szanse na rozwój życia duchowego były:)

Nic tylko odłożyć odpowiednio dużo 500+.

Zdążyliśmy się w miarę nacieszyć plażą i morzem zanim rozwinęły się sinice.

W weekend dojechał do nas M, a na niedzielę ciocia Kaja, więc i życie towarzyskie kwitło:)

Kiedy do towarzystwa dołączyły też sinica, byliśmy na jagodach - dzieciury nazbierały dobrze ponad litr, nawet Mesz zbierała!

Nacieszyliśmy się pięknym zachodem słońca nad morzem...

A z prób obejrzenia zaćmienia księżyca - co się nam w końcu nie udało, bo akurat na wschodniej stronie nieba były chmury - wyszło wielkie obżarstwo mirabelkowe oraz piekny spacer baaardzo późnym wieczorem:)

I stanowiąca największe wyzwanie wyprawa na Hel do wyczekiwanego od dawna fokarium.

M wziął sobie wolny poniedziałek. Ogarnęliśmy się w miarę z rana, by wyjechać po dziewiątej i... wpaść w korek. Długi korek. W związku z tym młodsi, którzy nie dostali deseru w postaci aviomarinu, zboczyli z trasy i pojechali do Rygi. W końcu dojechaliśmy do Helu w sam raz w upalne lipcowe południe.

Foki na szczęście były, pływały w basenach, sapały i wystawiały łby. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiła rzeźba ze śmieci.

Oraz upał i tłok. Jeśli kiedykolwiek rozważałam pojechanie w sezonie na Hel, to chyba powinnam się z tego wycofać... Przynajmniej do klimatyzowanego pociągu:)

Kilka dni po powrocie zgadaliśmy się z rodzicami jednego z kolegów Buraska, że oni byli nad morzem w tym samym czasie, co my, w sąsiedniej miejscowości...:)

Tagi: wyjazdowo
16:05, blueish
Link Dodaj komentarz »
Dziecko może być wyborem

Przeczytałam o madkach niedawno. Ktoś naprawdę zdrowo musiał panią Dagmarę z równowagi wyprowadzić:)

Oprócz takich oczywistości jak to, że niektórzy strasznie są roszczeniowi - i wspomniane tamże madki i niektóre single też - zatrzymałam się na frazie "dziecko może być wyborem".

Teoretycznie - może. 

A praktycznie? Myślę o moich znajomych i większość jednak sama przyznaje, że ma inną liczbę dzieci niż początkowo zamierzana. Poczynając od rozpaczliwych prób stania się matką dwojga a kończąc na opowieściach jak to miało być dwoje, a jest trzecie, full house przy trójce, a jest czwarte... I wariacjach po drodze kiedy człowiek by chciał, a tu nic. 

Albo jeszcze gorzej niż nic. Ciąża biochemiczna. Poronienie. Dziecko umierające zaraz po porodzie.

Dziecko może, ale nie musi być wyborem.

A po stracie zdecydowanie przeskakuje z szuflady "wybór" do kategorii "dar"...

Jednak fajna

Pojechaliśmy we dwójkę. 

W tamtą stronę podróż niechcący sentymentalna. Przypadkiem kupiłam bilety na pociąg jadący do Przemyśla, wagony takie jakimi odpowiednio dawno jeździłyśmy z B do jej babci, tylko plusz nowy na siedzonkach oraz woda w toalecie:) Buremu się podobało.

Autobus dalej mieliśmy prawie zaraz, Burek zabrał się entuzjastycznie do układanki logicznej, ale odpadł po kwadransie i zastanawiałam się czy pojedzie do Rygi czy jednak zaśnie.

Na szczęście to drugie. 

Gapiłam się więc przez okno, nad Ochotnicą szalała burza, lało się niemiłosiernie na jakiegoś kajakarza na Dunajcu i wysiadających w Tylmanowej.

A potem już zaraz była Szczawnica, starsi synowie tez mnie obleźli i poszliśmy na pierogi z jagodami.

Pod wieczór jeszcze zdążyliśmy pójść na quadziki na deptak nad Grajcarkiem.

Rekina w sam raz zepsuł się na dole, blisko Dunajca. Fajnie się zepsuł, bo kompletnie stracił sterowność i zastanawiałam się niemrawo ile czasu zajmie nam z Rekinem odholowanie go z powrotem te dwa kilometry, popychając od czasu do czasu pod górkę Buraska. Ale Opatrzność czuwała i zesłała nam jakichś przemiłych dwóch tatusiów, jeden miał zapasową gumkę do włosów swojej Buraski i dzięki tej gumce Rekin powolutku dojechał do bazy. 

W nocy się rozpadało, rano dopadła nas wcale niczego sobie burza i dopiero koło południa padało na tyle mało, że wychynęliśmy na spacer i na obiad.

Potem dla odmiany oadało, więc w sam raz skończyliśmy "Puca, Bursztyna i gości", a ja nawet zdążyłam uciąć sobie coś w rodzaju drzemki.

Hit wyjazdu: Baby sharks:)

W niedzielę wypogodziło się elegancko, w busie tłok, na dworcu kolejowym zamieszanie, mnóstwo pociągów pospóźnianych. Pociąg do Przemyśla przyjechał o czasie, ale pociąg z Przemyśla był o godzinę spóźniony i stały i on i nasze pendolino na tym samym peronie, co powodowało ogromny zamęt. Już nie mówię, że stację docelową oba miały identyczną, ale nawet numer pociągu był bardzo podobny...

W samym pendolino jak w przedszkolu montessori - większość podróżujących miała na stanie co najmniej jednego potomka, więc był swojski okołodzieciowy gwar i pisk. Chłopcy chyba zadowoleni. Nie miałam zbyt wiele czasu na analizy, bo musiałam skompletować wyprawkę na żeglarskie półkolonie Rekina, a że uiściliśmy dodatkową opłatę do przejażdżki pendolino w postaci zgubienia tamże siatki z kurtkami, to chwilę trwało zanim znalazłam kurtkę zastępczą mniej więcej pasującą na rybkę:)

czwartek, 09 sierpnia 2018
Tatuś zrobił córeczkę w trąbę

Jakiś czas temu pisałam jak to budzik M - nagrane miauczenie autentycznego kota - wpędził mnie na wpół śpiącą w stan paniki, że dzieci mi kociaka przyniosły do domu i gdzieś w pokoju ukrywają.

Dziś była powtórka z rozrywki w nowej odsłonie. Rano M się kapał, a my z Mesią byłyśmy w kuchni, ona piła mleko, ja kawę.

PYSZNĄ GORĄCĄ kawę. Inne matki docenią DUŻE LITERY:)

I wtedy z pokoju dobiegło miauczenie. Mesia jest już zdecydowanie w fazie wielkiej miłoścci do zwierzząt. Szczególnie psów, kotów i królików.

Usłyszała miauczenie i pobiegła szukać kota.

- Ma! Ma koka! - prawie płakała zrozpaczona, a wredna komórka wciąż miauczała.

DŁUŻSZĄ CHWILĘ mi zajęło zainteresowanie jej pluszowym zwierzakiem...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 174